Nie mogę zrozumieć motywów postępowania dziennikarzy „Dziennika”. Naprawdę, nie mogę, wciąż się staram, ale nie mogę. Dlaczego, jeśli ktoś chce pisać bloga i pozostać anonimowy jest oskarżany o brak odpowiedzialności? Mało tego wpierw jest śledzony, a kiedy już się go namierzy zaczyna się prowadzić przeciw niemu kampanię oszczerstw, półprawd, a na koniec zaczyna go się szantażować. Jeśli nie ujawni swojej tożsamości to świat zobaczy jego spreparowane zdjęcia w prasie brukowej. Bo jakże inaczej można traktować poniższą wypowiedź: 

Pani Katarzyno bardzo proszę o poważne rozważenie naszej propozycji. Nie chcemy bezpardonowo ujawniać Pani tożsamości i iść na rękę Czumom. Wolimy by zgodziła się Pani na ten coming out na Pani warunkach włącznie z zatrudnieniem Pani jako naszej publicystki. Ale proszę nas zrozumieć to "frustrujące wiedzieć i nie móc napisać". Wiem, że Pani tożsamość zna Fakt a przez nich nie zostanie Pani tak dobrze potraktowana - proszę tego nie traktować jako szantażu. Naprawdę nie chcemy Pani skrzywdzić.

Czy to Wam czegoś nie przypomina? Bo mi tak. W czasach komunistycznej Polski ktoś kto nie współpracował z ówczesną elitą władzy był tak samo szczuty i szantażowany, jak w dzisiejszej Polsce kataryna. Ale może przypadek kataryny do dopiero początek ataku na pozostałych blogerów, którzy piszą anonimowo, a ich popularność rośnie i budzi zagrożenie wśród elity starych mediów. 

Jeszcze kilkanaście lat temu kiedy internet uważany był za zabawkę naukowców, niezależnych freeków i garstkę zblazowanej młodzieży nikomu by do głowy nie przyszło aby kogoś ścigać za to, co piszę. Każdy pisał, co chciał i robił to jak chciał – anonimowo lub nie. Internet był w owych czasach zjawiskiem niszowym i to, co się w nim znalazło nie miało szans przedostać się do szerszej publiczności. 

Ale w momencie kiedy sieć stała się popularna, a niektórzy blogerzy stali się poważnymi liderami opinii sytuacja uległa zmianie. Widać wyraźnie, że to, co dzieje się w internecie przeszkadza już nie tylko firmom fonograficznym, które zdecydowaną większość internautów poddaje stygmatyzacji i określa mianem „piratów”, ale też tradycyjnym dziennikarzom, którzy anonimowych blogerów nazywają: zawistnikami, frustratami, czy małymi tchórzliwymi kolaborantami.

Prasa ma kłopoty i nie może sobie z nimi poradzić

Zamieszanie wokół Kataryny jest dla mnie wyraźnym przykładem na to, że prasa nazywana opiniotwórczą wije się w konwulsjach i zaczyna dogorywać na naszych oczach. 

Kryzys prasy codziennej widać zarówno, kiedy obserwuje się wyniki sprzedaży, jak i dewaluację jakości pracy dziennikarzy. Jedno ściśle powiązane jest z drugim. Do tego prasa przestaje być jedynym źródłem informacji i opinii. Czytelnicy nie musza już bezgranicznie ufać temu, co napiszą dziennikarze, ale mogą szukać innych punktów widzenia w internecie.

Może jeszcze za wcześnie na ostateczne sądy w sprawie przyszłości prasy codziennej, ale wystarczy spojrzeć na dane dotyczące sprzedaży żeby zobaczyć powagę sytuacji. Według, ZKDP (Związek Kontroli i Dystrybucji Prasy) tzw. średnie rozpowszechnianie płatne trzech dzienników ogólnopolskich od 2006 do 2008 roku spadło, aż o 15% (Gazeta Wyborcza, Dziennik i Rzeczpospolita, średnie rozpowszechnianie płatne, czyli sprzedaż egzemplarzowa, prenumerata i inne kanały dystrybucji prasy, z których wydawnictwa czerpią przychody). 

Jednocześnie w tym samym okresie liczba internautów w Polsce zaczęła dynamicznie rosnąć – w 2006 roku z sieci korzystało 35% mieszkańców Polski w wieku 7 lat i więcej, w 2007 roku – 40%, zaś w 2008 roku już 45%. Obecnie z internetu korzysta już blisko połowa Polaków – bo 48%. 
 

Ale to nie koniec dramatu prasy. Blogi, które też jeszcze stosunkowo niedawno wydawały się niegroźną zabawką zagorzałych fanatyków internetu lub znudzonych gospodyń domowych zaczęły przedostawać się do głównego nurtu wymiany poglądów i opinii, a ich popularność systematycznie rosła - .w 2005 roku blogi czytało 23% internautów, w 2006 – 33%, w 2007 roku już ponad 40 (wzrost o 75%).
 

Wyraźnie przetasowania na mapie mediów prowadzą do zmian w zachowaniu ich odbiorców. Prasa przestaje być nie tylko jedynym dostawcą informacji, ale do prasy zagląda się w drugiej, a nawet w trzeciej kolejności po internecie i mediach elektronicznych. Według danych pochodzących z badania zrealizowanego przez firmę OMG Digital ponad połowa polskich internautów rozpoczyna swoje poszukiwania bieżących informacji z kraju i ze świata od internetu, zaś jedynie 5,7% z nich przyznaje, że w tym celu sięga najpierw po prasę. [www.internetstandard,pl, 18maja 2009 rok]

Upadek etosu dziennikarza
 

Dodajmy tutaj jeszcze coraz bardziej wyraźną relatywizację etosu pracy dziennikarza. Już pewne symptomy tego zjawiska mogliśmy obserwować podczas tzw. afery Rywina kiedy Gazeta Wyborcza znając całą sprawę 15 lipca 2002 roku zdecydowała o niej napisać dopiero 27 grudnia 2002 roku, czyli prawie po sześciu miesiącach. Bardziej uważny czytelnik mógł wtedy poczuć, że coś jest nie tak. Tak, jak kataryna, która wtedy właśnie postanowiła założyć swojego bloga. 

Jeszcze w 1995 roku zawód dziennikarza cieszył się sporym poważaniem – według danych CBOS-u na skali prestiżu zawodów zawód dziennikarza osiągał 71 punktów, ale już w 2008 roku zawód dziennikarz na tej samej skali osiągnął wynik 65 punktów. Ten fakt zwrócił uwagę autorów raportu: Zastanawiająca jest jednak niższa pozycja dziennikarza, który, jak należałoby sądzić, powinien w ustroju demokratycznym raczej zyskać społeczne uznanie, niż stracić. Być może specyfika tej zmiany jest taka jak w przypadku polityki, tzn. wraz z transformacją wzrosły wymagania i krytycyzm wobec pracy dziennikarzy. (komunikat CBOS „Prestiż zawodów”, Warszawa, styczeń 2009). 

Ale już zdecydowanie mniej ostrożny w swoich sądach jest znany bloger Azrael, który piszę:…“etos” dziennikarski już dawno został złożony do grobu, a kodeks etyczny dziennikarza, leży w szufladzie, pod stertą innych papierów. Wyciągany jest tylko wtedy, kiedy dziennikarze muszą bronić siebie, własnych interesów korporacyjnych. O, wtedy potrafią uderzać w wysokie tony! A blogerzy, ci anonimowi – mogą być konkurencją. [Azrael - zwykłe pisanie].

Dziennik ma kłopoty - tonący brzytwy się chwyta
 

Musze się przyznać, że sam byłem wiernym czytelnikiem „Dziennika”. Pojawienie się konkurencji wobec Gazety Wyborczej wzbudziło we mnie nadzieję, że coś na naszym rynku prasy codziennej się zmieni, że nie będzie już tak, że jeden tytuł będzie dyktował nam czytelnikom, co jest słuszne, a co nie. Przez pewien czas miałem wrażenie, że tak się stanie, ale już po kilku miesiącach kiedy „Dziennik” zaczął przypominać propagandową tubę ówczesnych rządów PiS-u szybko ją utraciłem, ale nie przestałem go kupować. Może nie robiłem tego tak często, jak na początku, ale jakoś już nie wróciłem do lektury Wyborczej. A potem kiedy zatęchła epoka PiS-u się skończyła i powietrze znów stało się bardziej czyste, a „Dziennik” tracąc swojego patrona zaczął zamieszczać zróżnicowane opinie powróciłem do bardziej systematycznej lektury.
 

Był nawet taki moment, że kupowałem go codziennie. Po pierwsze dlatego, że sądziłem, iż zdołam go uratować przed upadkiem, a po drugie, bo wierzyłem w jego „szczere intencje”. Jakże byłem naiwny.
 

Teraz widzę, że zabawa w kotka i myszkę, którą „Dziennik” uprawiał wobec kataryny to zwykły akt rozpaczy przed zagładą, przed definitywnym i nieodwracalnym upadkiem tej gazety. Jeszcze w 2006 roku sprzedaż „dziennika” kształtowała się na poziomie ponad 200 tysięcy – może wynik niezbyt rewelacyjny, ale jak na gazetę codzienną dość przyzwoity. Ale potem było już tylko gorzej – w 2007 roku średnie rozpowszechnianie płatne było na poziomie 189 tysięcy, zaś w 2008 roku - 145 tysięcy, czyli w porównaniu do 2006 roku spadło o 33%!!!. 

Nic zatem dziwnego, że niektórzy jego dziennikarze nie mogą znieść, że blogerka, która do niedawna była nikim, nie stał za nią żaden koncern multimedialny, nie posiadała żadnego kapitału zyskała taki rozgłos – zupełnie z niczego, od tak po prostu. 

Świat zupełnie zwariował. Co to w ogóle ma być, że ktoś kto nawet nie chcę pokazać swojej twarzy, nie tylko nie ma żadnych „pleców”, czyli nie funkcjonuje i do tego nie chce funkcjonować na takich samych zasadach, jak znani dziennikarze staje się znanym autorytetem i przyciąga uwagę tysięcy czytelników wśród których są nie tylko dziennikarze, ale i znani politycy, czy ludzie biznesu. 

Gdzie jest pies pogrzebany – anonimowość, czy hipokryzja

Ale aferę z kataryną można odczytać nie tylko, jako panikę dziennikarzy, którzy poczuli się zagrożeni rosnącą siłą blogsfery. Moim zdaniem pokazuje ona jeszcze coś innego. Stanowi wyraźny koniec i zaprzeczenie sensowności pewnej dyskusji, która toczyła się w Polsce od kilku lat. Dyskusja ta dotyczyła tego kto sprawuje i na jakich zasadach władzę nad duszami i sumieniami Polaków. 

Z jednej strony do takiej roli aspirowała Gazeta Wyborcza, ale po drugiej stronie barykady znajdowali się właśnie niektórzy dziennikarze pracujący w „Dzienniku”. Mam tu szczególnie na myśli Cezarego Michalskiego, który budował swoją tożsamość na bazie buntu wobec ówczesnego establishmentu, m.in. właśnie Gazety Wyborczej. Michalski przedstawiał się, jako obrońca uciśnionych, ciemnogrodu, wypchniętych na margines „nieudaczników”. W wywiadzie, którego udzielił Robertowi Krasowskiemu Michalski w pewnym momencie mówi takie słowa

A przecież w świecie, w którym ja żyłem, w świecie wytworów inteligencji warszawskiej, Bóg okazał się jednym z najsłabszych graczy. Więc zrobiłem to, co robi młody człowiek o kontestacyjnym usposobieniu - wziąłem stronę słabszego. W myśl dewizy Słonimskiego - "w monarchii będę republikaninem, a w republice będę wielbił króla". Być może gdybym żył na wsi i na niedzielnej mszy zobaczyłbym pannę z brzuchem odtrącaną przez sąsiadów jako jawnogrzesznica, wybrałbym inaczej. Ale ja zawsze żyłem w świecie wytworów warszawskiej inteligencji. I zawsze ją kontestowałem („Życie” z dnia 2002-03-16). 

W tym samym wywiadzie możemy przeczytać też, jakie było wówczas credo Michalskiego:

„Moje credo publicystyczne to sławne zdanie Shylocka z "Kupca weneckiego": "Czy jak Żyda uderzysz, to go nie boli, czy jak go zranisz, to krew mu nie cieknie?". Tyle że pod Żyda można podstawić zarówno realnego Żyda jak i Polaka katolika, lefebrystę i lewaka, feministkę i działaczkę Ruchu na Rzecz Życia. Po prostu każdego człowieka. Nie wiem, czy to była dobra strategia, ale ponieważ nie jestem buddystą, uznałem, że jak ktoś nazywa swoich przeciwników "ciemnogrodem", co ich strasznie boli, to ja będę pisał, że on sam buduje wokół siebie wspólnotę strachu, niszczy ludzi, kłamie i ogranicza wolność.”

Ale lata mijały i w końcu Michalski stał się jednym z czołowych dziennikarzy IV Rzeczpospolitej – czyżby to spowodowało tak raptowną zmianę jego systemu wartości? Bo teraz nie broni już słabszych, a wręcz jest członkiem spec grupy, która szantażuje, a potem zmusza do milczenia

Okazuje się, że zmusiliśmy do milczenia Katarynę, najsłynniejszą polską blogerkę polityczną, ostatnio związaną bojem na śmierć i życie z rodziną Czumów, ojcem i synem. Kiedy skontaktowaliśmy się z nią i powiedzieliśmy, że znamy jej tożsamość, choć wcale nie chcemy jej ujawniać, chcemy raczej normalnie z nią porozmawiać, bo jesteśmy ciekawi jej poglądów, jej psychiki, jej życia - podzielonego na część establishmentową: szefowej ważnej warszawskiej fundacji i część „podziemną”: niebywale odważnej i krytycznej blogerki – rzuciła słuchawką, potem zaatakowała nas w Internecie, a następnie zamilkła, niewykluczone, że na wieki

A może Cezary Michalski nigdy nie był takim człowiekiem, jakim starał się być? Może tak naprawdę istniało dwóch Cezarych Michalskich? Cezary Michalski, który pisał i występował jako jeden z głównych autorytetów medialnych, jako alfa i omega zasad i wartości i drugi Michalski, który był małym i żałosnym człowieczkiem pełnym żółci względem swoich kolegów z Wyborczej, który nie mógł znieść, że to oni mają piękne domy i samochody, że to oni brylują na największych warszawskich salonach, a nie on

Roszczenia Michalskiego i jego kolegów względem Gazety Wyborczej to nie przejaw buntu wobec monopolu dawnej opozycji ale wyraz zwykłych frustracji i zawiedzionych marzeń o sukcesie. Może Gazeta Wyborcza rzeczywiście nie stanowi dobrego przykładu niezależnego i uczciwego dziennikarstwa przez to, że jest produktem flagowym dużej medialnej korporacji i zmuszona jest lawirować w sieci sprzecznych interesów, zarówno pewnych grup politycznych, jak i tych związanych z biznesem. Ale po tym, co zrobili lub chcieli zrobić ludzie Michalskiego katarynie ich cały tzw. etos sięgnął bruku i wyraźnie widać, że nie stało za nim nic tylko ludzka zawiść i chciwość.

Pewnie gdyby nie „Dziennik” katarynę zdemaskowałaby Gazeta Wyborcza, czy może jeszcze inny tytuł. Po prostu silna pozycja blogerki zbyt już kuła w oczy nasz medialny establishment. Ale nie to jest dla mnie tu najważniejsze. Najważniejsze jest zupełnie coś innego - postać Cezarego Michalskiego, która stanowi jedynie przykład na to, jak ludzkie namiętności mogą prowadzić do utraty dystansu względem własnej osoby.